Index page Previous page Next page Order printing and delivery of this image


Image 35 of 41
Date: 1/24/05 10:15 PM

BIOGRAFICZNE WSPOMINKI JANUSZA T.
DLA KOLEZANEK I KOLEGOW Z CZACKIEGO



Moi Mili,

Postanowilem zrobic podsumowanie bo okazja dobra, a tez wyraznie "kryzys wieku sredniego" sprzyja podsumowaniom tego rodzaju.

Czacki - kilka refleksji.



Byl to pierwszy czas w moim zyciu kiedy uczylem sie byc w jakiejs grupie rowiesniczej. Wczesniej - z powodu specyfiki miejsca w którym mieszkalem, przenosin ze szkoly do szkoly w podstawowce i pewnie z powodu specyfiki kulturowej mojego domu rodzinnego - mialem blizsze kontakty wylacznie z pojedynczymi kolegami, a nigdy z grupa. Nasza klasa byla wlasciwie moim pierwszym srodowiskiem spolecznym. Czulem sie zawsze nieco z boku ale nie na tyle zeby czuc sie odrzucanym czy calkiem niezaangazowanym. Nie wiem czy wiele osob mnie pamieta ale wszyscy byliscie dla mnie wazni niezaleznie od tego ze przyjaznilem sie chyba najbardziej z Andrzejem Mankowskim, Anka Frydel czy Piotrem Wasowskim. O kazdym z was mam wspomnienia i dzis - ku mojemu zdumieniu troche - wszystkie sa przyjemne (nawet jesli dotycza przykrych kiedys spraw bo np. jakas kolezanka nie chciala isc ze mna do lozka - powiedzmy szczerze zadna nie poszla! A dla dorastajacego chlopca bylo to przykre).

Studia



1975 - wszyscy (niemal wszyscy o ile dobrze pamietam) zrobilismy mature i ruszylismy dalej. Ja, jak wiekszosc mlodych chlopcow w tamtym czasie bylem zainteresowany tym aby "NIE" a nie tym aby "TAK".

NIE chcialem isc do wojska, a mialem niewystarczajaco zla kategorie wiec musialem isc na studia. Z rozpedu (bo NIE chcialem narazic sie rodzicom, którzy mieli idee syna inzyniera) zdawalem na politechnike w Warszawie. Chyba na Inzynierie Srodowiska ale egzamin oblalem. Jeszcze tego samego lata wystartowalem na polibude do Radomia gdzie pokonawszy 13 kandydatow na miejsce (wszyscy bylismy spadami z calej Polski) zaczalem studiowac Technike Wytwarzania (odpowiednik warszawskiego Mechaniczno-Technologicznego). Radom wówczas byl jednym z najbardziej depresyjnych miejsc na swiecie (co potwierdzily "wydarzenia radomskie" w 1976), a tamtejsza polibuda skupiala jeszcze wiekszych nieudacznikow niz ja sam i kadry wyrzucane z innych (lepszych) osrodkow akademickich.

W maju '76 tuz po "wydazeniach radomskich" (nie bralem w nich udzialu i staralem sie przede wszystkim nie dostac wpierdol jako Warszawiak), na fali "dyscyplinowania" studentow okazalo sie ze nie bede mial zaliczonego roku z powodu zbyt czestych nieobecnosci na zajeciach WF. Nie moglem bywac na zajeciach WF bo odbywaly sie o 7.00 w drugiej czesci miasta, a w Radomiu wówczas autobusy zazwyczaj nie jezdzily bo sie psuly, bo brakowalo benzyny, bo sie nie chcialo kierowcom itd. Sprawe utrudnial niemal codzienny kac, który towarzyszyl mi kazdego ranka dopoki z kolegami nieudacznikami nie kupilismy jakiejs alpagi (najczesciej byla to chyba Leliwa) i nie zklinowalismy…

Zostawmy Radom - wylecialem i tyle.

1976 - z sukcesem egzaminy na polibude w Warszawie do Instytutu Transportu. Aby NIE pojsc do woja i aby NIE narazic sie rodzicom (zanadto przynajmniej). Kolejny koszmar edukacyjny trwal dla mnie 3 dlugie lata. Doc Szucki od materialoznawstwa, dr Dymitrow od "kreski" i inne potwory zatruwaly moje mlode zycie. W dodatku juz przez lata trwalem w niezwykle trudnym i buzliwym zwiazku z dziewczyna, ktorej zycie bylo absolutnym koszmarem rodzinnym i wsparcia emocjonalnego u niej nie moglem oczekiwac. Nie raz siedzialem w najwyzszej galerii auli Gmachu Glownego PW i wyobrazalem sobie jak moje cialo rozbryzguje sie na kamiennej posadzce kilkanascie metrow w dole…

1979 - zdecydowalem sie dzialac na "TAK" a nie na "NIE" - oswiadczylem rodzicom, ze rzucam politechnike i na zdecydowane "TAK" ide do wojska aby uwolnic sie od presji kamaszy, która to presja rujnuje mi zycie i zdrowie. Po wojsku postanowilem pojsc "na jakies humanistyczne studia". Musialem miec powazna mine bo nikt juz ze mna nie dyskutowal tylko rodzice zaczeli sie dopytywac coz to za "humanistyczne studia" mam na mysli. Wlasciwie nie mialem niczego na mysli ale jednym tchem wymienilem: prawo, nauczanie poczatkowe i psychologie. Poniewaz czasy byly nadal "marksistowsko-leninowskie" rodzice baaardzo delikatnie zasugerowali, ze moze kariera prawnicza wiklac mnie w konflikty moralne, a tego przeciez nie chce. Wskazalem psychologie. Wówczas ojciec oswiadczyl, ze jesli przygotuje sie do egzaminow i je zdam to ze wzgledu na wojsko (do ktorego mnie nie zacheca) zalatwi mi "przeniesienie" na Wydzial Psychologii na I semestr, zamiast "odejscia" z polibudy i "zdania" na UW. Tak tez sie stalo - zaczalem studiowac psychologie zamiast odwalac dwa lata woja.

Okazalo sie ze cztery lata nauki na polibudzie (mimo, ze znienawidzonej) odcisnelo swoje pietno. Przez pierwszy rok zadreczalem prowadzacych zajecia rozmaitymi sprzecznosciami tej nauki, bledami definicyjnymi, problemami metodologicznymi itd. Mysle, ze stanowilem niezle posmiewisko dla kolegow i kolezanek ale poniewaz na wydziale byl ogromny niedostatek facetow, a ja bylem istotnie starszy niz wiekszosc kolezanek (a tez bardziej doswiadczony) mialem niezle wziecie damsko-meskie i nie zauwazalem jakiego cymbala z siebie robie.

Tak czy inaczej okazalo sie, ze po raz pierwszy w zyciu zajmuje sie rzeczami które mnie obchodza, które dobrze ogarniam umyslem i które same w sobie do niczego nie prowadza tylko troche niepokoja swoim zabalaganieniem logicznym (zamiast dreczyc nadmierna logika). Bylem wzorowym studentem z kolejnymi nagrodami dziekanskimi i rektorskimi.

Przelom przezylem pod koniec drugiego roku studiow. Aby wiec zmniejszyc mój dyskomfort zwiazany z nieokreslonoscia psychologii postanowilem zapisac sie do prac badawczych w "twardej" galezi wiedzy jaka jest neuropsychologia. W tamtych latach (a i dzis w znacznej mierze) psychologia byla nauka o zachowaniu szczurow i studentow psychologii, a nie nauka o czlowieku. Po roku ekspetymentow kolka neuropsychologicznego gdzie dreczylismy w podziemiach setki szczurow wbijajac im do mozgow elektrody, nastepnie razilismy je pradem, dzwiekami, swiatlem… a nastepnie obcinajac im glowy aby zrobic sekcje mozgu i sprawdzic czy elektroda zostala zaimplementowana w odpowiednie miejsce okazalo sie, ze to masowe mordowanie tylko udaje naukowe badania. Wyniki eksperymentu poczatkowo wygladaly na przelom w swiatowej nauce "o zapotrzebowaniu organizmow zywych na stymulacje roznego rodzaju".. Myslano wówczas ze organizmy wyzsze (takie jak szczur lub student psychologii) maja tendencje do dosc regularnego stymulowania sie bez zadnej wyraznej dynamiki - ot po prostu od czasu do czasu aby nie zwariowac z nudow trzeba cos zrobic. Potwierdzaly to szczury które stymulowaly sie swiatlem naciskajac co pewien czas na wlacznik swiatla i te, które stymulowaly sie dzwiekiem naciskajac co pewien, dosc regularny czas wlacznik dzwieku. Ale dynamika zachowan razonych pradem szczurow byla nieoczekiwana. Tu szczury najpierw same sie przypadkowo razily naciskajac na mala klapke, a nastepnie tak jakby odnajdowaly zagadkowa przyjemnosc w tym udezaniu pradem wlasnych mozgow bo zaczynaly sie razic celowo z ogromnym zaangazowaniem po to, aby po dluzszej chwili - ni stad ni zowad - calkowicie porzucic te aktywnosc.

Wyniki utajniono aby "ktos ich nie ukradl" i zaproszono miedzynarodowego eksperta od zagadnien neuropsychologii, ktory pracowal wowczas w Instytucie Seksuologii Instytutu Neurofizjologii Neckiego. Dr Beck obejrzal wyniki, poprosil o pokazanie mu przebiegu sesji eksperymentalnej, a nastepnie spytal mloda doktor S. prowadzaca caly projekt dlaczego nie realizuje swoich marzen seksualnych wprost - jesli chce onanizowac szczury to dlaczego nie robi tego tym milym zwierzetom wlasna dlonia (skadinad powabna) tylko robi to za pomoca razenia pradem w mozg, a na koniec jeszcze obcina im glowy jak jakis antyczny potwor…. Okazalo sie, ze caly eksperyment opieral sie o mapy mozgu, które ktos przeszmuglowal do Polski nielegalnie (nie mozna bylo przyznac, ze Amerykanie maja lepsze mapy szczurzych mozgow niz Blok Sowiecki), a pozniej ten ktos rozpowszechnial mapy w formie fotokopii. Niestety kolejne odbitki z odbitek byly przeskalowane i elektrody zamiast byc wbijane w miejsce "neutralne" (wszystko jedno co by to mialo znaczyc) byly wbijane w osrodek seksu, a sekcje robione w oparciu o bledne mapy tylko utwierdzaly w blednym przekonaniu o przelomowym odkryciu. Tak wiec dr S. swoim eksperymentem umozliwiala hordom szczurow samogwalt przez samodzielne razenie sie pradem w odpowiednie miejsce w mozgu… .

Utajnienie wynikow okazalo sie zbawiennym krokiem - uniknelismy miedzynarodowego wstydu. Ja jednoczesnie wyleczylem sie z prob pojmowania psychologii jako nauki. W rok pozniej wykladowca filozofii (nie pamietam juz nazwiska) upewnil mnie w tej nowej optyce nauczajac, ze nauki daje sie dzielic na "NAUKOWE" I "NAUKAWE", a psychologia nalezy do tych drugich.

Zajalem sie wiec psychoterapia - tu nikt nie udawal, ze zajmujemy sie czyms naukowo. Wlasciwie potocznie mowilo sie o "sztuce psychoterapii" albo po prostu o pomaganiu (przy czym nie bylo zgodnosci czy pomaganie dotyczy pomagania samemu sobie czy innym). Mialem szczescie. W tamtych latach Amerykanie mieli posrod wielu gownianych pomyslow na walke z komunizmem kilka dobrych. Jednym z nich byl eksperyment (o ile wiem w skali swiata) wzmacniania spolecznosci lokalnych, budowania identyfikacji grupowej, odpowiedzialnosci za najblizsze otoczenie itp. Zaczalem stazowac, a nastepnie pracowac w Osrodku Terapii Srodowiskowej Saska Kepa (wzorowanym na takim programie) - fantastycznym programie "psychiatrii srodowiskowej".. Moje zycie bylo wówczas przesiakniete zyciem w spolecznosci "mojego rejonu". Zyciem wariatow - chronikow w szpitalu, psychogeriatrykow, mlodych schizoli broniacych siekiera dostepu do windy w bloku, maniakalno-depresyjnych co sami sobie potrafili wbic siekiere w czolo, zyciem samotnych matek rodzacych do klozetu kolejne dziecko, zyciem "trudnych" dzieci przypalajacych papierosami pijane matki, zyciem narkomanow i alkoholokow, zyciem nauczycieli z miejscowych szkol, zyciem milicjantow ktorzy raz byli sojusznikami (np. odpuszczajac dzieciakowi kradziez w zamian za udzial w klubie osiedlowym), a innym razem byli pacjentami (gdy pijany sfrustrowany dzielnicowy strzelal z broni sluzbowej pod nogi zony aby lepiej tanczyla nago na stole), zyciem osamotnialych staruszkow, zyciem zwyklych ludzi o których nie wiemy zazwyczaj, ze nas otaczaja… Uczylem sie równiez pomocy i pomagalem tzw "normie" w jej srodowisku, a takze uczylem sie prowadzenia grup pomocowych, treningow terapeutycznych itd. Wielu moich pacjentow zyje do dzis co mnie cieszy, bo jak umiera pacjent psychiatryczny to przeciez nie wiadomo czy umiera bo mu zle pomogles czy umiera bo kazdy kiedys umiera… Aby moc sie z czegos utrzymac (bo w psychiatrii zarabialem grosze) nauczylem sie masazu leczniczego i najpierw pracowalem na dodatkowe ˝ etatu jako leczniczy masazysta rejonowy w Srodmiesciu Warszawy, a nastepnie robilem masaze prywatnie za ciezkie (jak na tamte czasy) pieniadze. Tak przezylem ostatnie trzy lata studiow (i pozniej cztery lata po studiach). W 1984 obronilem prace magisterska zwiazana tematycznie z nieswiadomymi procesami uczenia sie. Do dzis interesuje mnie amatorsko ta tematyka.

Co po studiach



Wlasciwie to nie dopowiedzialem dwoch bardzo waznych rzeczy:

Po pierwsze zajmowanie sie psychoterapia, psychiatria srodowiskowa i masazem leczniczym bylo tez i dla mnie czasem przemian i "samouzdrawiania". Najwazniejsze procesy zmian jakie wówczas uruchomily sie we mnie dotyczyly poszerzania swiadomosci wlasnych oraz cudzych uczuc i motywow dzialania, drastycznego poszerzania granic tolerancji dla wszelkich odmiennosci (ja pochodze z normatywnego domu), koncentracji na zwiekszaniu efektywnosci w zyciu (efektywnosci dzialan wlasnych w zyciu prywatnym, efektywnosci dzialan wobec pacjentow, efektywnosci dzialan samych pacjentow, efektywnosci dzialan systemow spolecznych, efektywnosci dzialania organizacji…). Byl to dla mnie czas zarówno odkrywania urokow "bycia z samym soba" jak i urokow "bycia z innymi", "bycia w grupie", wspolpracy, a przede wszystkim czas nieprawdopodobnego (jak na moje poprzednie rozmamlanie) skoku w "sprawnosci zadaniowej", sprawnosci organizatorskiej. Z czasem zaczalem zdawac sobie sprawe, ze w tym socjalistycznym - troche beznadziejnym, bardzo tandetnym, troche roszczeniowym otoczeniu jestem jednym z nielicznych, którzy staraja sie dzialac pragmatycznie, jakosciowo, celowo i "mimo wszystko" i potrafia cos zorganizowac tak aby dalo sie to dokonczyc, aby mialo to jakis efekt (dzis nazywa sie to zwyczajnie - project management). Oczywiscie tych nielicznych byly tysiace, a inne tysiace wyjechaly z Polski do swiata gdzie jak sie wydawalo takie dzialanie ma wiekszy sens ale w skali 35 mln ludzi i w humanistycznym otoczeniu bylo to rzadkie. Poczulem sie bardzo WOLNY bo nagle pojalem, ze wlasciwie moge robic dowolne rzeczy z dowolnych dziedzin i moge byc z tym szczesliwy bo to co mnie "napedza" to wartosc ktora sam nadaje wlasnym dzialaniom - "to co robisz rob najbardziej z sensem jak tylko potrafisz w danych okolicznosciach".

Po drugie przezywalem czas spolecznego i damsko-meskiego "prosperity". Wkrotce zarzadzalem zespolem wolontariuszy, szkolilem "sluzby publiczne", czulem sie potrzebny i jakos wyjatkowy. Przekonalem sie tez, ze jako aktywny zyciowo, "wrazliwy psychologicznie" no i jeden z nielicznych mlodych samcow w okolicy (ale juz nieco dojzaly) mam duze powodzenie u kolezanek (nigdy wczesniej tego nie doswiadczalem). Dobrze ilustruje mój patologiczny wówczas stan fakt, ze nienawidzilem gdy kobiety z którymi u mnie sypialem (mialem bowiem wlasne mieszkanie - wówczas rzadkosc) probowaly zostac na noc. Nie bylo dostatecznie nieodpowiedniej pory, wystarczajaco trzaskajacego mrozu, siekacego deszczu abym partnerki nie odprowadzil do taksowki lub "nocnego" albo po prostu do furtki na ulice. Jednoczesnie bylem przedmiotem kpin (jak sobie wówczas tlumaczylem - tych "biednych porzuconych"). Opowiadano sobie o mnie ze zlosliwym hichotem jak chodze za partnerkami po mieszkaniu ze sciereczka i wycieram ich odciski palcow na parapecie oraz jak przesuwam popielniczke 2 cm "na wlasciwe miejsce" zeby nie zostawal "trwaly slad" ich obecnosci w moim zyciu. Byl to czas zachlystywania sie "meskoscia", plawienia sie w "wolnych zwiazkach". Zycie w kalejdoskopie uczuc i cial az … Z Joanna poznalismy sie wczesniej przy okazji wielotygodniowego strajku na UW tuz przed wprowadzeniem przez Jaruzela stanu wojennego. Byla studentka I roku, a ja chodzacym w glorii podbojow studentem III r. Prowadzilismy strajk okupacyjny w Instytucie Psychologii na UW - czyli mieszkalismy razem w kilkaset osob, dyskutowalismy "postulaty", przezywalismy w swoim przekonaniu Londonowskie "niedzwiedzie mieso" jedzac grochowke z robakami i palac papierosy "z metra" no i zaprzyjaznialismy sie ze soba. Przez nastepne lata spotykalismy sie z Joanna czasem, chodzilismy ze soba i rozstawalismy ze soba zakochujac sie na kolejny tydzien w kims innym.

Kalejdoskop. Kalejdoskop.



Pewnego lata wyjechalismy na kilka wakacyjnych dni do Kazimierza i ku mojemu przerazeniu w pokoju (mimo telefonicznego potwierdzenia moich wczesniej zgloszonych wymagan) bylo jedno "dwuosobowe" lozko, a nie dwa lozka jednoosobowe które moglbym rozddzielic. W dodatku "dwuosobowosc" byla co najwyzej umowna (moze 110 cm szerokosci), a sprezynowa siatka pod materacem byla wyciagnieta. I jeszcze te cholerne prawa fizyki powodowaly, ze kazdy obiekt (w tym tez mlody czlowiek dowolnej plci) polozony na lozku dazyl do zajecia pozycji centralnej, staczajac sie we wglebienie…obrzydliwosc (oczywiscie obrzydliwosc poza ta uzasadnona przez seks krotka chwila) ! I wówczas bez zadnego widocznego powodu, nagle zorientowalem sie, ze moje "zwiazki" (tak nazywalem te przygody) sa wlasnie kalejdoskopem, ze nic w moim zyciu emocjonalnym nie jest stale, nic nie daje sie zatrzymac w miejscu i ze "pozaseksualny kontakt" fizyczny na waskim lozku z cala jego niewygoda uswiadamia mi ze jednak pragne trwalej bliskosci opartej o cos wiecej niz polaczenie genitaliow.

Zaproponowalem Joannie malzenstwo.

Reakcja byla zywiolowa ! Dowiedzialem sie ze natychmiast musimy wracac do Warszawy bo ona musi natychmiast wziac urlop dziekanski i natychmiast (jak tylko dostanie wize) musi wyjechac do Londynu i zebym sie od niej natychmiast odpieprzyl, a te ostatnia noc w Kazimierzu zebym spedzil w innym pensjonacie a jesli - cholera - nie mam na to forsy to zebym sie przespal na dywanie i natychmiast, ale to natychmiast abym przestal ja dotykac… Nie ma co opowiadac szczegolow - tak czy inaczej nastepnych kilka miesiecy Joanna pracowala w Londynie jako kelnerka zeby nie byc zbyt blisko tego szalenca (czyli mnie), ja sterczalem nocami w trzaskajacym mrozie (byla potworna zima tamtego roku) na starej Pradze przy jednej z tych budek co laczyly za darmo z Zachodem i probowalem uzyskac od niej odrobine zainteresowania (co bylo trudne - bo przeciez ciezko pracowala jako kelnerka …). Gdy wrocila wznowic studia w '85 zaszla ze mna w ciaze. Byla naprawde wsciekla na mnie i na siebie. Nie chciala slyszec o malzenstwie i dopiero dlugie rozmowy tlumaczace, ze przeciez dziecko i tak bedziemy mieli wspolne, a ona - jako wolny czlowiek - moze wyjsc za maz rownie dobrze jak poslugujac sie wolnoscia moze nie wychodzic za maz doprowadzily do naszego slubu w maju 1985 (20!!! lat temu). 22 listopada 1985 - dokladnie w dniu moich urodzin - po okropnie ciezkim porodzie Joanny pojawil sie na swiecie Wojtek. Do dzis wyraznie pamietam te chwile gdy z niej wynurzal sie z trudem lamiac jej kosc ogonowa, walczac o swoje zycie i pamietam dokladnie jak oboje byli zmaltretowani i jestem jej wdzieczny, ze go zdolala urodzic i jemu jestem wdzieczny ze zechcial wczesniej zamieszkac w brzuchu Asi i scalic - tak trwale i jak dzis mysle, tak w koncu szczesliwie - nasze rodzinne zycie. Niewatpliwie bez niego nasze losy bylyby zupelnie inne.

Nastepne lata byly zwyczajne: stanie po jednorazowe pieluchy bo gdzies "rzucili", lewe recepty na "bebico", godzenie Joasinych studiow, stazu psychoterapeutycznego, pracy z pacjentami z opieka nad dzieckiem domagajacym sie tego aby o nim calkiem nie zapominac, godzenie mojej pracy z pacjentami i dorabiania pieniedzy z domagajaca sie minimum uwagi rodzina, godzenie osobistych ambicji z potrzebami i ambicjami innych … bliskich, wreszcie uczenie sie co to jest bliskosc bo jedyna osoba, która w naszej rodzinie nie musial sie tego uczyc a zwyczajnie to wiedziala cala soba byl Wojtek. Klotnie, klotnie, klotnie, odchodzenia i powroty, zdrady i przebaczenia, klotnie i zdrady bez przebaczenia, klotnie i klotnie.

W 1989 roku zdazyly sie znowu trzy przelomowe rzeczy.

Po pierwsze - usnalem na sesji terapeutycznej z pacjentka, kilka tygodni potem zapomnialem pojechac poprowadzic grupowy trening psychoterapeutyczny, a nastepnie poczulem, ze nie moge pomasowac zbolalego kregoslupa jednej pani bo jesli jeszcze przez chwile bede sie kims zajmowal to zwariuje i zaczne wrzeszczec - NIEEEEEEE !!!

Po drugie - dopiero co uchwalono ustawe o wolnosci gospodarczej no i jeszcze te wszystkie rzeczy z "okraglym stolem", wymiana socjalizmu na kapitalizm socjalistyczny, a nastepnie znowu na komunizm kapitalistyczny itd. Prezydent Walesa wypowiedzial tez przelomowe zdanie na temat dzialalnosci gospodarczej: "wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone".. Przez nastepnych kilka lat wielokrotnie zadawalem rozmaitym urzednikom pytanie: "Czy moze pan wskazac mi przepis który tego zabrania". Urzednik na to odpowiadal czesto: "To wy obywatelu pokazcie mi przepis, który na to zezwala (urzedy byly wówczas jeszcze zywcem z PRL-u) na co ja z duma i pewnoscia siebie w glosie: "Walesa powiedzial przeciez: …" i … "wygrywalem" swoje.

Po trzecie moja kuzynka przyszla do mnie, ze ma mozliwosc dzierzawy lokalu przy Marszalkowskiej i moze cos bysmy zrobili razem bo jak ona ma lokal, a ja tak ze wszystkim sobie radze to moze cos z tego wyjdzie tylko trzeba wymyslec co ma wyjsc i wlasciwie z czego ma wyjsc tez trzeba wymyslec. Moze pasmanteria bo na rynku nie ma ubran i wszystko trzeba cerowac to pasmanteria moze by poszla…

Mlody kapitalizm



I tak w lutym 1989 r rozstalem sie z psychologia, pomaganiem komukolwiek i postanowilem sam sobie pomoc - zalozylem JAM Phonographic Company, jednoosobowa dzialalnosc gospodarcza. Kanal dystrtbucji byl na poczatek - 1,20 m lady w sklepie, który zalozylismy z kuzynka i stal sie sklepikiem muzycznym, a nie pasmanteryjnym. Dzis wydaje sie to opowiescia o zelaznym wilku ale wówczas 120 cm lady sklepowej utrzymywalo trzy rodziny: moja , jej i naszego pracownika. Przedmiotem dzialalnosci byla muzyka i wszystko co z nia zwiazane. Bylem opetany mysla o sensownym dzialaniu i chcialem umozliwic narodowi (smieszne, ale tak wtedy myslalem - umozliwic narodowi!) powszechny dostep do "jakosciowej" kultury muzycznej. Wiec zorganizowalem w krotkim czasie przedsiebiorstwo z trzyzmianowa produkcja kaset magnetofonowych z tematycznymi seriami muzycznymi (klasyka rocka, new age, muzyka elektroniczna, muzyka klasyczna, jazz itp.). Legalnie "kradlem" zachodnia muzyke placac tantiemy przez ZaiKS, kupowalem muzyke od Radio i TV Polskie, produkowalem muzyke w wynajetych studiach, a nastepnie zaczalem wydawac ja nie tylko na kasetach magnetofonowych ale i na nowosci - na CD-romach (tloczac je w Czechach i w Niemczech bo w Polsce nie bylo tloczni). Moze bylbym dzis potentatem muzycznym w spolce z Wbros albo z kims innym gdyby nie to ze umialem wszystko zorganizowac ale nie znalem sie na biznesie - uwazalem ze moje poczucie sensu jest "uniwersalne", ze jest poczuciem sensu innych ludzi równiez. Uluda. Uluda.

Nie chcialem rywalizowac w dziedzinie przemytu komponentow i w zadnej innej dziedzinie tez nie z rodzaca sie w Polsce mafia (kije do baseballa naiwnie traktowalem jako sprzet sportowy). Malo kogo obchodzila muzyka która uporczywie wydawalem - nie mowie tu o dochodowych poczatkowo "kradzionych" w majestacie prawa Pink Floydach tylko o Tomku Stance czy o Kwartecie Jorgi - czy ktos z was tego sluchal ? Nie wiedzialem jak skutecznie zdystrybuowac niszowe produkty muzyczne które wytwarzalem. Wreszcie nie bylem gotow oplacic St. Komisarza K., który dziewiec miesiecy robil mi kontrole skarbowa zamykajac co chwila wszystkie trzy moje lokale aby robic remanent i dluuuugo zliczal kolumny cyferek kopiowym olowkiem bo "nie stac go na kalkulator". Cala ta "jazda" byla niesamowitym poligonem doswiadczalnym mlodego kapitalisty, dawala niezle zyc przez kilka lat az na koniec - niestety - nie zechciala osiagnac niezbednej "masy krytycznej" by przetrwac i sie rozwinac.

Rozstanie z JAM Phono Co bylo bolesne na tyle, ze przez lata pozniej nie lubilem sluchac muzyki. Dzis jest mi milo, ze byl czas kiedy niezle sie bawilem muzyka, uczylem sie slyszec "trzecie skrzypce" w nagraniu, nasz syn budzil sie rano w naszym domu gdzie spal na podlodze czarny Jamajczyk z dredami i zaczynal przygrywac mu na bebnie przed sniadaniem albo innym razem kurpiowska spiewaczka - Pani Apolonia (o niesamowitym naturalnym glosie) robila mu misterne wycinanki wielkimi nozycami, a jeszcze innym razem kantor zydowski - Simha tlumaczyl mu dlaczego modlil sie z rana w tak niecodzienny sposob.

Likwidujac w 1993 r swoja dzialalnosc muzyczna nie wiedzialem co bede dalej robic, az do chwili gdy "olsnilo" mnie, ze chce chronic Planete Ziemia dla naszego syna i jego dzieci i dzieci ich dzieci, a dobrym sposobem bedzie propagowanie idei odnawialnych zrodel energii. Zainteresowalem sie ta tematyka i z bratem zalozylismy w tym samym roku Polska Agencje Czystej Energii (PACE!) - przedsiebiorstwo, które mialo edukowac, projektowac rozwiazania energetyczne oparte na odnawialnych zrodlach energii oraz importowac i sprzedawac takie fanaberie jak kolektory sloneczne, pradotworcze turbiny wiatrowe, gruntowe pompy ciepla itd. Przez pol roku korespondowalem z rzadami panstw doswiadczonych w takich systemach (Szwedzi, Szwajcarzy, Kanadyjczycy, Norwegowie …) nawiazujac kontakty, gromadzac wiedze na temat samych rozwiazan, "zachodnich" systemow ich refundacji ze srodkow publicznych oraz zbierajac oferty producentow. Zewszad mialem entuzjastyczne odpowiedzi bo nikt nie przypuszczal, ze w Polsce jest zainteresowanie czyms innym niz wegiel, ropa i gaz, a procz tego nazwa sugerowala jakies zwiazki z "panstwowym" dzialaniem, a nie prywatna dwuosobowa inicjatywa. Jednoczesnie polski rzad i wszelkie jego agencje mialy temat w dupie nie mowiac juz o budowaniu systemow wsparcia takich idei, refundacji rozwiazan itd. Poniewaz w tamtym czasie juz sprawnie poslugiwalismy sie pojeciem rachunku ekonomicznego wyszlo nam, ze bez pomocy Panstwa tej idei nie da sie wdrozyc w polskich warunkach. Jednak entuzjazm i nadmierny optymizm nie pozwolily nam porzucic idee tak po prostu. Postanowilismy "przeczekac z dziesiec lat gromadzac know how, az zacznie brakowac ropy, a efekt cieplarniany rozpusci lodowce i nawet takie zakichane rzady jak nasze beda MUSIALY wspierac odnawialne zrodla energii". Postanowilismy wiec czekac ale nie bezczynnie. Zajelismy sie czasowo bliska tematyka - a mianowicie sportem, który przeciez tez jest zwiazany z "czysta energia".. Zalozylismy sklep sportowy (jako poczatek przyszlej sieci sklepow, które pozwola sfinansowac pierwsza farme wiatrakow albo inne Don Kichotowskie pomysly). Po kilku miesiacach okazalo sie ze nie mamy duszy sprzedawcow i chyba nie wierzymy w "czysta energie" w Polsce w przewidywalnej perspektywie chocby dziesieciu lat i odpuscilismy sobie handel hantlami, dresami i "adidasami" jako planowy krok ku wiatrakom. Brat zajal sie znowu tym czym sie juz z powodzeniem zajmowal (samochody i doradztwo podatkowe), a ja wrocilem do psychologii tyle ze nie "pomocowej", a komercyjnej. Decyzja byla sluszna o tyle, ze idee "czystej energii" w warunkach polskich przetestowal kilka miesiecy temu (a wiec w 11 lat po naszym faltstarcie) jeden kuzyn bankrutujac kompletnie. Uwierzyl bowiem, ze jak Polska w UE to juz czas na pompy ciepla i kolektory sloneczne.

W 1994 zaczeto mnie wynajmowac (starzy znajomi z UW) do jakis projektow diagnostycznych z pogranicza psychologii spolecznej (psychologii organizacji) i diagnostyki indywidualnej (diagnostyki predyspozycji zawodowych). Byly to lata ogromnej ekspansji na rynek polski miedzynarodowych koncernow. Jednoczesnie nikt z Zachodu nie rozumial dlaczego Polacy czasem pracuja jak wariaci, a innym razem nic nie chca porzadnie robic. Zachodni wyjadacze nie spali po nocach myslac co ich motywuje (tych Polakow), jakie warunki w pracy powoduja, ze sa kreatywni i zorganizowani albo calkiem odwrotnie. Skad brac ludzi którzy moga nauczyc sie zachodniego standardu obslugi klientow, marketingu, zarzadzania innymi ludzmi, negocjowania, budowania strategii itp. Przeciez wiadomo bylo, ze nie ma jeszcze absolwentow odpowiednich studiow (bo nie ma odpowiednich programow na studiach) ani nie ma odpowiednich doswiadczen zawodowych (bo niby skad)?

Moja zona wówczas juz jakis czas budowala w Polsce zawod i rynek Headhuntingu wspoltworzac jedna z najwiekszych polskich firm doradztwa personalnego, a ja zaczalem zajmowac sie organizacja, systemami motywacyjnymi, systemami ocen, zmianami kultury organizacyjnej, systemami szkolen. Wszystko niemal wymyslalismy "od zera" jednoczesnie uczylismy sie ogladajac "od zaplecza" miedzynarodowe koncerny, a niebawem te nowoczesniejsze polskie firmy.

Dla mnie najwazniejszym poligonem stalo sie General Motors, które w tamtym czasie dokonywalo wielkie globalne zmiany kultury organizacyjnej (projekty Saturn w USA oraz w Kanadzie i The Opel Difference w Europie) i potrzebowalo ludzi lokalnych wspierajacych te procesy. Nie umiem powiedziec jak to sie stalo, ze akurat ja zostalem wyselekcjonowany wraz z piecioma innymi osobami z Polski (mimo ze slabo mowilem po angielsku), jak przebrnalem przez wielomiesieczne szkolenia w Holandii i Hiszpanii, a pozniej przez zespol projektujacy zmiany w Europie Srodkowej i Wschodniej (Polacy, Czesi i Slowacy, Grecy i Turcy), a nastepnie w jaki sposob na cztery lata wyladowalem w roli "Facylitatora Rady Franchise" (dziwaczne "cialo kooperacyjne" skladajace sie z Zarzadu GM, przedstawicieli sieci dealerskiej, zarzadu GM Banku, fabryk, firm logistycznych) ale … sie stalo. Jednoczesnie poproszono mnie abym zaplanowal, stworzyl zespol i uruchomil supbiznes szkoleniowo-doradczy w firmie gdzie pracowala Joanna. No i tak wszedlem na lata w branze doradztwa skierowanego do duzego biznesu.

Nasz syn - Wojtek - rosl, nasze malzenstwo wciaz przechodzilo burze odnoszace sie do kwestii zasadniczej: mamy ze soba spedzac zycie czy przeciwnie - jestesmy wciaz ze soba "na chwile". W naszym mieszkaniu (wciaz tym samym "kawalerskim") przez kolejne lata wisiala pod sufitem gola zarowka na kablu jako symbol "tymczasowosci" tej sytuacji. Po co bowiem angazowac sie we wspolne urzadzanie przestrzeni zyciowej (kupowac np. lampe) jezeli nie wiemy czy w przyszlym tygodniu bedziemy dalej ze soba… Od czasu do czasu zreszta ktores z nas wyprowadzalo sie na jakis czas, a pozniej wprowadzalo z powrotem. Nasze otoczenie uwazalo, ze Wojtek ma jakies stalowe geny odpowiedzialne za zdrowie psychiczne jesli wytrzymuje swoich rodzicow i nie probuje wysadzic ich w powietrze.

Poniewaz Joanna lubi wyjezdzac do obcych krajow gdzie jest wiecej swiatla slonecznego i wyzsze tempetarury niz w Polsce to sporo jezdzimy na krotkie "oddechy". Poniewaz ja lubie Polske i tutejszy klimat (zwlaszcza gdyby wykluczyc nieustajace walki frontow atmosferycznych, krotkie dni jesienia, zima i wiosna oraz pluchowatosc o kazdej porze roku itp.) kupilismy kawalek ziemi na bliskich Mazurach pod Szczytnem (2 godziny jazdy od Warszawy) gdzie zaplanowalem doprowadzic do zalozenia siedliska i przeniesienia sie z zasadniczym zyciem. Mimo nadmiernej tuszy lubie ruch: staram sie w lecie kanadyjkowac, caly rok biegac (nazywamy to czlapingiem) a zima lubie postekiwac na nartach sladowych BC. Nieznosze natomiast wielkomiejskiej anonimowosci, powierzchownosci kontaktow i generalnie egzystencjalnej pustki jaka towarzyszy zapracowanemu mlodokapitalistycznemu zyciu w Warszawie. Postanowilem wiec dazyc do zmiany zanim nie stane sie za stary na wszystkie zmiany inne niz wysychanie.

Ostatnie lata



W 1999 z trojka kolegow (byla w tym towarzystwie jedna kolezanka) postanowilismy zalozyc firme, która bedzie zajmowac sie sensownym dzialaniem, dawac sensowne pieniadze, a jednoczesnie nie bedzie z czasem wymagac naszej intensywnej pracy w takim stopniu jak consulting korporacyjny. Mielismy tez nadzieje, ze moze jesli zrobimy cos z glowa, to w dobie konsolidacji i globalizacji ktos moze kupic od nas nasz biznes (wówczas jeszcze nieistniejacy). Wierzac gleboko, ze swiat zmierza w taka strone, ze najwazniejsza wartoscia dodana staje sie know how postanowilismy umozliwic przedsiebiorstwom i spolecznosciom zarzadzanie know how, a w tym umozliwic szybki transfer know how w dowolnej skali - poszlismy w e-learning. Zalozylismy mindworx Polska. Mimo rozmaitych niewatpliwych sukcesow - bo wiele rzeczy robilismy jako pierwsi albo w najwiekszej skali, albo jako jedyni - w Polsce oczywiscie bylo za wczesnie na to wszystko bo tu najwazniejsza wartoscia dodana byl nie "know how", a "uklad" i "lapowa". W konsekwencji niezle natyralismy sie przez pierwsze trzy lata ale jednoczesnie mamy poczucie sporej dumy, ze wprowadzilismy tu nieco "cywilizacji edukacyjnej". Zostawiajac w tym miejscu na boku projekty korporacyjne - jestesmy np. dumni z ogolnodostepnej dla narodu naszej autorskiej Szkoly Gieldowej w Internecie, czy podobnie otwartej Akademii Zatrudnienia uczacych przedsiebiorczosci). Dzis naszym sladem podazaja w Polsce rozmaite uczelnie, organizacje publiczne jak NBP i przedsiebiorstwa komercyjne.

Jakis czas temu udalo nam sie sprzedac kontrolny pakiet udzialow do jednej z gieldowych grup kapitalowych (niestety - gdyby to kogos interesowalo - zostal wyceniony stanowczo za nisko zebym mogl przestac pracowac). W miedzyczasie moja zona podjela decyzje ze nie bedzie dluzej pracowac dla krwiopijcow kapitalistow i sama stanie sie krwiopijca kapitalista i zalozyla wlasna agencje headhunterska (a teraz narzeka ze nie moze jezdzic na wypoczynek tak czesto jak chce i na tak dlugo jak chce). Odrobine wspieram przedsiewziecie organizacyjnie. Zapraszam potencjalnych klientow na www.cter.pl . W miedzyczasie nasz syn zdal do, a nastepnie skonczyl liceum (nie Czackiego tylko tzw. Na Bednarskiej) gdzie dowiedzial sie od pewnej kolezanki z klasy, ze jej mama chodzila z jego tata do szkoly. Okazalo sie , ze rzecz dotyczy Doroty Rajszewicz. Teraz corka Doroty studiuje juz na warszawskiej ASP, a Wojtek na Biotechnologii na UW.

W miedzyczasie w 2003 postanowilismy z moja zona kupic abazur do tej golej zarowki wiszacej pod sufitem co rozumiemy jako symbol przemiany w naszym zwiazku.. Ostatniego lata posadzilem tez kilkaset drzew na naszej dzialce na Mazurach oraz wykopalem staw, a tej zimy nasz przyjaciel konczy projekt siedliska. Ostatniej soboty bylismy z Joasia na biegowkach w lasku Mlocinskim co jest sygnalem jakis dalszych zyciowych przemian (moja zona nigdy nie znosila towarzyszyc mi w aktywnosci na swierzym powietrzu - nie wiem jeszcze co to znaczy i do czego moze doprowadzic ale nieco sie boje…). Dzis pisze te wspominki siedzac "po godzinach" w pracy w firmie IT, która mnie zatrudnia jako doradce zarzadu z zadaniem zaprojektowania pakietu usprawnien organizacyjnych.

Jesli czasem przychodzi mi do glowy, ze - statystycznie - mam jeszcze przed soba z pietnascie lat tzw zycia zawodowego i mam nadzieje, ze jeszcze wiecej tzw zycia rodzinnego to nie mam pojecia czym jeszcze bede sie zajmowac. Ostatnio korci mnie rolnictwo ale przeciez Europa w ogole odchodzi od wytwarzania czegokolwiek. Myslalem jakis czas temu a moze zostac nauczycielem na tych Mazurach i otwierac dzieciom glowy w kierunku aktywnosci, przedsiebiorczosci, celowosci itd. ale dotarlo do mnie, ze nie moge byc nauczycielem bo nie mam uprawnien nauczycielskich…

No nie wiem co - cholera - robic.

Janusz T.

JAlbum 5.1